„Przeczytałaś już tę książkę? Ostatnio jest o niej naprawdę głośno – nawet Ania Lewandowska ją polecała” – usłyszałam od psiapsi przy okazji piątkowych odwiedzin. Książka Mel Robbins leżała na moim nocnym stoliku, który jest w naszym minimalistycznym salonie jednocześnie składową mojej sypialni.
„Ach, to mój stosik wstydu, jeszcze nie zaczęłam jej czytać…”
No i chyba właśnie moja psiapsi skłoniła mnie do tego, żeby jednak sięgnąć po tę lekturę, którą również poleciła mi moja inna psiapsi.

Dygresja na temat książek o tematyce rozwojowej i psychologicznej…
Lubię je – tak mi się wydaje – ale czytanie ich przychodzi mi z trudem. Wydaje mi się, że chodzi o jakąś nutkę perfekcjonizmu, który powoduje, że chciałabym z tych książek wyciągnąć maksymalnie jak najwięcej. A boję się, że nie dam rady i… leżą, zbierają kurz, pozwalając jednocześnie, żeby inne zajęły jej miejsce w kolejce.
Także sięgnęłam i… po przeczytaniu kilku stron już widziałam, że jest to wspaniale napisana pozycja taka, którą czyta się lekko.
Przeczytanie książki zajęło mi od deski do deski około tygodnia – takiego standardowego tygodnia – bez wakacji, z pracą zawodową, z ogarnianiem rodziny i wszystkimi innymi aktywnościami, które staram się ująć w moim życiorysie. Niech ta informacja zilustruje fakt, że naprawdę dobrze i lekko się ją czyta.
O czym jest ta książka?
Tytuł książki i tytuł tej metody nie trafia jakoś do mnie ani w języku polskim, ani w oryginale. Pozwól im / The Let Them Theory – w największym uproszczeniu to wezwanie do:
- Odpuszczenia chęci kontrolowania rzeczy, nad którymi nie mamy wpływu.
- Wzięcia odpowiedzialności za swoje życie i wzięcia w nim aktywnego udziału.
Do takiej postawy zachęcają filozofie, zachęcają religie – jest to logiczne. Natomiast równie oczywiste wydaje się to, że każdy człowiek chce kontrolować wszystko – to z jednej strony, a z drugiej natomiast zamiast przyznać, że ma wpływ, woli stawiać się w pozycji ofiary. Że inne magiczne istoty, demony i greccy bogowie uniemożliwili mu działanie.
Nie chodzi o to, co Ci się przydarza, lecz jak na to reagujesz.
Te słowa Epikteta są w 100% trafne, ale jak to się ma do naszych emocji? Jak reagować na bieżące wydarzenia na chłodno, bez emocji? A co najważniejsze, jak nie dać się ponieść tym emocjom. A już szczególnie, kiedy się jest cholerykiem – tak jak ja – i do tego w gorącej wodzie kąpanym?
Oczywiście – dojrzałość emocjonalna to wysoce pożądana cecha, nad którą nieustannie należy pracować, i to przez całe życie. Ale nie jest to proste. Warto poznać swoje automatyczne reakcje i umieć wyhamować ciało migdałowate, czyli osławiony gadzi mózg i przełączyć się na korę czołową.
Proste? W teorii tak – kilka głębszych wdechów i nerw błędny powinien zrobić swoje. Ale co jeśli emocje są w wielkim natężeniu? Co jeśli to sytuacja, która wstrząśnie nami poza granicami możliwości opanowania automatycznych reakcji?
Uważam, że nie ma takiej mocy, żeby rozbroić te biologiczne reakcje w pełni – ale sama świadomość i praca może przynieść efekty.
Jak oddzielić to na co mam wpływ od tego na co nie mam wpływu?
Autorka przekonuje nas, jak ważne jest to, by pozwolić im – ludziom wokół nas, żeby byli sobą. Robili co chcą, myśleli co chcą. Ba – nawet mieli o nas nieprzychylne zdanie.
Ale teoria nie kończy się na naszym otoczeniu. Kiedy już oddamy kontrolę innym w zakresie kwestii, które są zależne tylko od nich, przechodzimy do prawdopodobnie jeszcze jednej części tej teorii. A mianowicie, żeby pozwolić sobie.
Mocno poruszył mnie przykład z panią, która nie posprzątała pozostałości po swoim psie, oburzając tym samym autorkę. Podkreśliła ona jednak, to, jak wiele możliwości miała ona poradzenia sobie z tą sytuacją. Jak wiele możliwości reakcji.
- mogła posprzątać kupę sama
- mogła zgłosić incydent do strażnika parku
- mogła zwrócić kobiecie uwagę
- mogła… i tutaj milion innych scenariuszy – mniej lub bardziej realnych
- mogła zrobić zupełnie nic i… zaakceptować ten fakt
Który scenariusz jest tym właściwym? Nieważne, ponieważ jednego dnia będzie w Tobie więcej przestrzeni na konfrontację, innego nie będziesz mieć zupełnie siły na potencjalną awanturę, a jeszcze innego nie będziesz mieć zupełnie co innego na głowie i po prostu zapomnisz o tym incydencie i pójdziesz dalej. Ale nie miej wtedy pretensji do tej pani. To był Twój wybór. Wybrałeś reakcję polegającą na jej braku. Zaakceptuj status quo.
Czasami boli nas coś, co robi, ktoś inny. Dotyka to reprezentowanych przez nas wartości tak mocno, że nie sposób nam nie zareagować. Mamy jednak wewnętrzny opór przed działaniem, bo wydaje nam się, że nie mamy siły przebicia. Zwłaszcza jeśli dotyczy to kwestii fundamentalnych. Z jednej strony nie podoba się nam to co dzieje się wokół nas w polityce, co dzieje się w naszym mieście, ale… Nie pozwalamy sobie działać. Marudzenie jest łatwiejsze.
To był dla mnie cenny fragment. Kiedy pojawia się coś, przez co dosłownie wyskakujesz z butów, zostań TĄ osobą, która podejmuje rękawicę i wychodzi z inicjatywą.
Zapoczątkuj zmianę. Miej w sobie tę odwagę!
I tu dochodzę do drugiego hamulca: marudzenia, które udaje analizę, a naprawdę trzyma nas w miejscu
Anty-pochwała marudzenia
Masz okropną pracę i jeszcze gorszego szefa?
Zarobki są fatalne, zadania nudne i powtarzalne, a na dodatek NIC nie umiesz z tym zrobić?
Sytuacja patowa.
Już próbowałeś/łaś wszystkiego, przestudiowałaś wszystkie możliwe opcje, ale po prostu nie ma szans niczego zmienić.
Zaskoczę Cię… Otóż, wręcz przeciwnie. Da się.
W takiej sytuacji zawsze można po prostu zmienić pracę.
Marazm marudzenia i potęga gniewu
Chociaż niechętnie to przyznam, bo nie lubię przyjmowania biernej postawy ofiary, często zdarza mi się marudzić. Marudzenie jest chyba jeszcze gorsze od biernej postawy. Nie akceptujesz stanu/rzeczywistości, w której jesteś, ale zamiast zrobić coś, co zmieni status quo, przepalasz energię na złorzeczenia. Czy można uznać, że marudzenie to taki zalążek gniewu? Gniew to w gruncie rzeczy taka pozytywna emocja – bez jego energii zmiany nie zachodzą. Więc… albo wpadnij w gorący, konstruktywny gniew i zmieniaj albo weź głęboki wdech i zaakceptuj – skoro nie chcesz inwestować swojej energii w zmiany. Nie zatrzymuj się w ślepym zaułku marudzenia.
To do niczego nie prowadzi!
Łatwiej to napisać niż zrobić, ale postawa, w której marudzenie jest zmarginalizowane to zdecydowanie wyraz emocjonalnej dojrzałości. Czyli coś, do czego warto aspirować przez całe życie.
A jeśli coś potrafi zatrzymać nas jeszcze skuteczniej, to właśnie strach przed oceną.
Strach przed oceną
„Co ludzie powiedzą?”. Czy czytając to pytanie nie widzisz od razu kapelusza Hiacynty Bukiet? Ile razy zrezygnowałeś/łaś z czegoś, bo bałeś się właśnie tego, jak odbiorą to inni?
Jako zwierzęta stadne boimy się odrzucenia. Ale… niestety, prawda jest taka, że zawsze będą osoby, które będą myśleć o Tobie źle i… warto im na to pozwolić. Bo to, czy będą myśleć o Tobie źle czy dobrze, nie zależy od Ciebie. Oczywiście takie podejście bynajmniej nie jest nawoływaniem do przybrania narcystycznej postawy i całkowitego odrzucenia norm społecznych. To stwierdzenie faktu, że nie jesteś w stanie każdym swoim zachowaniem spełnić oczekiwań wszystkich osób, które z Tobą koegzystują. Jest to brutalna statystyka – nie jesteś zupą pomidorową i nie będzie cię lubił każdy. Ludzie oceniają i mają do tego pełne prawo. I trzeba uznać ten fakt i przestać trzymać się kurczowo ocen innych ludzi. Ten właśnie strach – strach przed oceną – sprawia, że:
- nie podejmujemy działań, które chcemy podjąć, jesteśmy zblokowani
- nakładamy na siebie presję perfekcjonizmu starając się gonić oczekiwania innych
- tracimy radość z naszych działań – szukając like’ów i poklasku
Jest taka książka pt. „Odwaga bycia nielubianym” – według mnie bardzo rezonuje właśnie z tym, o czym mowa tutaj. Nie uchronisz się od bycia nielubianym przez kogoś, nie uchronisz od krzywdzących ocen, ale… możesz pozwolić innym na te oceny, na ten brak sympatii i po prostu puścić to obok siebie. I działać.
Postępuj tak, żeby móc uśmiechać się do swojego odbicia w lustrze każdego dnia
Przykład, który Mel Robbins przytacza, by zobrazować, jak ciężko jest czasem sprostać wszystkim oczekiwaniom był dla mnie bardzo chwytliwy. Bardzo często zdarza się tak, że mam potrzebę być jednocześnie w dwóch miejscach w jednym czasie. I nie chcę z żadnego rezygnować.
W książce to kwestia jednoczesnego uczestniczenia w imprezie przyjaciółki oraz spotkaniu rodzinnym kolejnego dnia. Autorka opisuje rozwiązanie, które prawdopodobnie i ja bym chętnie przyjęła – optymalizacja czasów eventów tak, by nie zrezygnować z żadnego. Nie jestem osobą, która umie dokonać wyboru i powiedzieć jednej opcji „nie” – raczej staram się misternie poukładać klocki, żeby być wszędzie.
W tej historii godzenie wszystkich nie zyskuje aprobaty. Przyjaciółka dziwi się, że koleżanka wpadła tylko na kilka godzin – jaki w tym sens. Z kolei rodzice nie są zadowoleni, że nie spędziła z rodziną całego weekendu.
I… mają prawo być niezadowoleni.
Ty zrobiłaś te rzeczy właśnie po to, żeby czuć się ze sobą dobrze – żeby zachować się jak dobra przyjaciółka (według swojej definicji) i żeby być dobrym członkiem rodziny.
W takich sytuacjach ważne jest to, by nie działać pod publikę – nie liczyć na czyjąś aprobatę, nie licząc na to, że inni pomyślą o Tobie dobrze, docenią Cię.
Zrób tak, jak uważasz, że zrobi dobra przyjaciółka i dobra córka / wnuczka.
Istnieje naprawdę wysokie prawdopodobieństwo, że oczekiwaniom nie sprostasz. Ale Ty patrząc na swoje odbicie w lustrze możesz uśmiechnąć się i powiedzieć, że zrobiłaś wszystko tak jak chciałaś najlepiej.
Tutaj autorka wybrała pogodzenie tych dwóch ważnych wydarzeń. A jeśli któreś nie byłoby dla Ciebie tak istotne? To… Wydaje mi się, że warto postawić na zdrowy egoizm i nie szaleć.
Ta sytuacja nauczyła mnie prostej rzeczy: wybieraj tak, żeby móc spokojnie spojrzeć sobie w oczy, a nie żeby zbierać punkty u publiczności.
Emocjonalna dojrzałość
Podobno bardzo mało ludzi potrafi radzić sobie z emocjami i większość z nich radzi sobie z nimi na poziomie… ośmiolatka. No cóż. Mogę się podpisać pod tą tezą rękami i nogami – uważam, że nie należę do najbardziej emocjonalnie dojrzałych osób – krzyczę, tupię, wierzgam, płaczę.
Podobno istnieją osoby bardziej predestynowane do emocjonalnej dojrzałości – nie są to te rzutkie, dynamiczne. To może sporo tłumaczyć.
W kontekście emocjonalnej dojrzałości przypomina mi się pewna rolka z Beatą Tyszkiewicz, która opowiadała o swojej dość chłodnej relacji z matką i o tym, że w jej dzieciństwie nie było po prostu czasu na rozmowy o emocjach. Rozmowy o emocjach mogą pojawiać się w czasach spokoju, dobrobytu, kiedy nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone.
Niemniej jednak, uważam, że do tej emocjonalnej dojrzałości należy dążyć i korzystać z wiedzy, którą posiadamy jako społeczeństwo. Ale też dojrzale podchodzić do kwestii wyrozumiałości z tym związanej. To proces na całe życie — nie po to, by stać się lodem, tylko by czuć i jednocześnie nie dać się ponieść.
A skoro już o cudzych oczekiwaniach mowa…
Ocenianie i presja otoczenia
Ile razy robimy coś nie dlatego, że tego naprawdę chcemy, ale dlatego, że… tak wypada? Bo ktoś coś oczekuje, bo „przecież tak trzeba”. Ile razy daliśmy się wciągnąć w sytuację, z której później trudno było się wyplątać – i zamiast satysfakcji, zostawało tylko zmęczenie.
To właśnie w takich momentach przychodzi pytanie: czyje potrzeby stawiam wyżej – swoje czy cudze?
Media społecznościowe i lęk przed oceną
Media społecznościowe… dla wielu źródło inspiracji, a dla mnie przez długi czas – źródło stresu. Zamiast działać, filtrowałam swoje pomysły przez to, co pomyślą inni – współpracownicy, znajomi, ludzie z branży. Absurdalne, prawda? Bo czy naprawdę ktoś siedzi i analizuje każdy mój post?
Kosztowało mnie to sporo wstydu i poczucia, że jestem „nie dość”. W końcu musiałam powiedzieć: stop. I przestałam.
To też lekcja z tej książki – pozwolić innym myśleć swoje, a sobie… po prostu robić swoje.
Zazdrość i inspiracja
Robbins pisze, że warto przekuć zazdrość w inspirację. I faktycznie – zamiast siedzieć w poczuciu, że ktoś ma lepiej, szybciej, łatwiej, można potraktować tę emocję jak paliwo. Zazdrość to przecież tylko informacja o tym, czego nam brakuje albo czego pragniemy. Można się nią zadręczać… albo zamienić ją w ruch do przodu.
Motywacja vs. inspiracja
Kolejna rzecz, która mnie uderzyła: Robbins proponuje, żeby słowo „motywacja” zamienić na „inspiracja”. Motywacja brzmi jak zaciśnięte zęby, jak presja: „musisz”. Inspiracja brzmi lżej – to ten błysk, który sprawia, że chcesz.
Ile razy próbowałam się „motywować”, a kończyło się to frustracją? A ile razy po prostu coś mnie zainspirowało – i nagle znalazła się energia, żeby działać?
Nie motywuj się – inspiruj się.
Ważne słowo ta „inspiracja”…
Przyjaźń i bliskość
W książce mocno wybrzmiewa też temat przyjaźni. Ile godzin trzeba spędzić, żeby być dobrym znajomym, a ile, by stać się przyjacielem „na zawsze”? 74 godziny? 200 godzin? Liczby dają do myślenia, ale ważniejsza jest prawda: nie każda znajomość musi stać się przyjaźnią. I to jest okej.
Przyjaźń to nie tylko czas – to bliskość, wspólny etap życia, energia.
Dla mnie ten fragment rezonował szczególnie mocno przy przeprowadzce do Warszawy – tam, gdzie trzeba było budować relacje od nowa. Nie wszystkie znajomości przetrwały, ale te, które zostały, miały właśnie te trzy filary: bliskość, timing i energię.
Najtrudniejszy egzamin tej teorii przychodzi w domu — z tymi, których kochamy.
Miłość i rodzicielstwo
Robbins pisze też o miłości – tej, o którą trzeba dbać, a nie traktować jak coś oczywistego. Nie tylko romantycznej, ale i tej do siebie. Bo w lustrze zawsze jesteśmy tylko my sami.
A co z rodzicielstwem? Tu mam pewien niedosyt. Robbins pisze o pozwalaniu dzieciom… ale przecież z dzieckiem to nigdy nie jest to samo co z dorosłym. To, że pozwolimy, nie oznacza, że uchylamy się od odpowiedzialności. I tu zaczyna się zgrzyt: gdzie kończy się „pozwól im”, a zaczyna wychowanie?
To pytanie zostaje ze mną – jako mamą i jako millenialska córką rodziców z lat 80., którzy mieli zupełnie inny model.
Epilog
Przyjaciółka, która poleciła mi tę książkę napisała, że jest nią zawiedziona. Nie rozumiałam zupełnie tych słów, kiedy byłam na początku książki. Natomiast pojęłam, o co chodziło, kiedy dotarłam książki. Tak, koniec, podsumowanie i dla mnie było rozczarowujące – spłyciło cały kontent poprzednich stron i brzmiało jak kazanie średniej klasy kaznodziei z małego miasteczka.
Dlatego… kiedy poczujesz, że książka dla Ciebie przyjmuje tendencję spadkową – może zatrzymaj się z wdzięcznością i pozwól sobie nie kończyć jej, żeby skorzystać jak najbardziej.
Niezależnie od tego czy to będzie pierwszy rozdział czy rozdział ostatni.
A może warto prześledzić hasła, które nas interesują – może chcesz uporać się z trudnościami z przyjaźnią, może chcesz poznać miłość swojego życia lub zmienić swoje podejście do pracy?
Wskocz w ten rozdział i sprawdź, czy ma on coś cennego do zaoferowania właśnie dla Ciebie.
I może właśnie na tym polega moja lekcja – nie muszę czytać ani pisać perfekcyjnie, żeby coś dla siebie z takiej książki wziąć.