Null – Szczepan Twardoch

Czyli o tym, jak fatalnie dobrałam lekturę do katalońskich okoliczności przyrody.

W przededniu wylotu do Barcelony spłynęła na mnie niepokojąca myśl.
„Nie mam niczego do czytania.”
Ta myśl była trochę myślą bez pokrycia, ponieważ półki mojego książkowego regału uginają się pod ciężarem czekających w kolejce książek, głównie o tematyce rozwoju osobistego, ale… Wybierałam się na kilka dni odpoczynku i chciałam odpocząć również od rozwojowych książek. Tak właściwie staram się postępować – wybierać na wakacje, długie weekendy i takie tam luźniejsze czasy książki, których nie muszę za bardzo trawić.
Obserwuję Szczepana Twardocha na Instagramie i od jakiegoś czasu przyglądałam się żółto-czarnej okładce książki Null. Bardzo mi się spodobała i czekałam na dobry moment, żeby ją zdobyć. Tak, jestem z tych niefrasobliwych osób, które są w stanie ocenić książkę po okładce, a chociażby po nią sięgnąć. Więc… tak zrobiłam.
To był wieczór przed wylotem, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko sprawdzić, czy w Empiku w pobliskiej Galerii Północnej mają mój egzemplarz (droższy o 10 zł na miejscu niż w sprzedaży wysyłkowej). Był. Zamówiłam go z odbiorem, przedpłaciłam, żeby mieć pewność, że będzie.
Odbieram książkę i… patrząc na dziwny dość rewers z koniem obdartym ze skóry stwierdziłam, że może jednak warto sprawdzić, o czym książka opowiada. Bijcie – zabijcie – po prostu poszłam za intuicją, bez wstępnej weryfikacji.
Sprawa była na tyle niecierpiąca zwłoki, że idę przez pasaż w centrum handlowym i zerkam na blurb, a tam… „Nadziei nie ma”.
Osz kurde. Toż to chyba nie nada się zbytnio na relaksujące wakacje… Ale… z drugiej strony… To kiedy będę miała na tyle dużo czasu, żeby w spokoju poczytać książkę?
Obdarty ze skóry koń wylądował głową w moim bagażu podręcznym, a ja zaczęłam książkę czytać na malowniczej plaży w Sitges.
Nie lubię książek o tematyce wojennej. A co dopiero takich, które uświadamiają Ci, że wojny dzieją się tu i teraz, że są tak blisko, tak beznadziejnie blisko. Akcja dzieje się w zimnych i wilgotnych okopach pierwszej linii frontu – pełnych błota, i smrodu. Ludzie po trochu przestają być ludźmi i zamieniają się w zwierzęta. Kora czołowa przestaje działać, władzę przejmuje ciało migdałowate. Koniec z kulturą, wygrywają instynkty.
Jak to powstało?
Nie kwestionuję tego, że tak właśnie wygląda pierwsza linia frontu, gdzieś niedaleko „ojca naszego Dniepra”. Zakładam, że autor przeprowadził srogi rekonesans, zanim naszkicował ten ciemny i brudny świat. Notabene, dostałam rekomendację, żeby sprawdzić wywiad z Twardochem, w którym opowiada, jak zbierał materiał do książki. To jeszcze przede mną, ale myślę, że było sporo rozmów i obserwacji tego, co dzieje się właśnie tam. O tym, że wsparcie Szczepana Twardocha dla walczącej Ukrainy jest ogromne, wiem od dawna. Natomiast obraz odmalowany był mocno i na tej plaży tak dziwnie mi było – w stroju kąpielowym, nasmarowanej kremem schodzić tam do tych okopów.

O narodowości

Motyw skomplikowanej narodowości musiał się pojawić. Tym razem nie w wydaniu śląsko-polskim, ale polsko-ukraińskim. Ta ukraińska nuta pojawia się na Śląsku od czasu do czasu – pamiętam, że w książce Kajś autorstwa Zbigniewa Rokity, która dawno temu również zrobiła na mnie wielkie wrażenie, przewija się właśnie to, że oprócz mieszanki polsko-niemieckiej, nuta ukraińska w historii Śląska po II wojnie światowej jest kolejną składową skomplikowanej tożsamości.

O tożsamości

W Nullu główny bohater – Koń (ten z rewersu okładki), którego imię nie zostało wymienione, nie jest Ślązakiem, ale jest Polakiem o korzeniach niemieckich i ukraińskich. Jego ojciec, którego ojciec był Ukraińcem, a matka Niemką, odcina się od swoich korzeni. Wybucha gniewem, kiedy mu się o nich przypomina. Jestem Polakiem – krzyczy. Jestem Europejczykiem – krzyczy może jeszcze głośniej. Poczucie przynależności do grupy, do stada, jest dla każdego z nas bardzo ważne. W dodatku chcielibyśmy móc kontrolować tę przynależność i chcemy mieć tożsamość, która jest spójna z nami. Aspirujemy do czegoś. Nie chcemy byle jakiej tożsamości.
Tak, uderza tutaj Twardoch w coś, co obserwowałam, ale nie umiałam nigdy wyrazić słowami. Dlaczego my – jednostki pochodzące z Europy Wschodniej – tak głośno i tak chętnie tytułujemy się Europejczykami? „Licytujemy się w byciu Zachodem”? Jest w nas jakiś kompleks, jest chęć przynależności do grupy większej i – w naszych oczach – bardziej prestiżowej?

O wojnie

Wojna jest straszna. Dehumanizuje. Zezwierzęca. Dlatego pewnie główny bohater nie ma imienia innego niż Koń, w dodatku siedzi w jednej dziurze ze Szczurem. Wojna jest pisana brudnym językiem, więc jeśli ktoś stroni od przekleństw i bluzgów, to odradzam sięgać po tę książkę. Językowo jest brudna i błotnista tak samo jak krajobraz i zmarznięta ziemia. Klimat trochę przypomina Émila Zolę i jego Germinal. „Nadziei nie ma” — jest tylko naturalistyczny znój egzystencji. Nic, tylko czekać na jej koniec.

O sensie istnienia

Mocno przykuł moją uwagę fragment dotyczący celu istnienia człowieka. Jak to jest, która opcja jest właściwa: czy człowiek powinien żyć dla jakiejś wyższej idei, dla jakiegoś celu, dla jakichś wyższych pobudek? Czy powinien mieć to coś, ten diament, dla którego walczy, dla którego ginie, który jest osią i celem jego egzystencji?
Czy wręcz przeciwnie – nie warto żyć dla ideologii, nie warto żyć dla abstrakcyjnych pojęć, a wspólnym celem życia wszystkich ludzi jest po prostu szczęśliwa, godna egzystencja. Spokojna, prosta, bez większych ambicji.
Cóż, nawet pisząc to czuję, że „bez większych ambicji” ma w sobie wyraźnie pejoratywną nutę. Świat wokół popycha nas ku nieustannemu rozwojowi, a ambicja to cnota.
No i motyw chwały, motyw bohatera, który swoją ambicją, swoją postawą, wiernością swoim przekonaniom staje się nieśmiertelny. To kusząca opcja – przetrwać w świadomości poza swoją śmiercią. Ale co nam właściwie po tej chwale, skoro błyszczy ona może przez osiem pokoleń, a potem niknie gdzieś historia jednostki w szumie historii zbiorowej i legend?
Dlaczego niektóre jednostki nie mogą po prostu tak trwać, być? Dlaczego szukając sławy, odrzucają spokój, harmonię? Dlaczego szukają tej nieśmiertelności? Rozważa się tę kwestię od antyku (fragment homerowskiej Iliady otwiera powieść), rozważa i Twardoch.
Czy istnieje w ogóle odpowiedź na to pytanie – czy chwała i nieśmiertelność, czy spokój i cisza?

O tym, co komiczne

Na zakończenie tej krótkiej recenzji podpowiem, że oprócz takich ciężkich fragmentów są i te komiczne. Nie chcę tutaj zbyt wiele zaspoilerować, ale historia o zdalnym odczarowywaniu rzuconego uroku, którego podjął się tadżycki mag (magowie z Tadżykistanu podobno nie mają sobie równych), sprawiła, że śmiałam się do rozpuku. Słodko-gorzkie meandry życia i pełne splątanie tego, co racjonalne, z totalnym irracjonalizmem. A wszystko to wyostrzone tylko przez wojenny krajobraz.

O tym, co myślę o Nullu

Mimo niedopasowania okoliczności do tematyki książki, polecam ją bardzo. Pochłonęłam ją w jeden plażowy dzień, mimo tej ciężkiej tematyki. Skłoniła do refleksji, ale i ubawiła. Czegóż chcieć więcej?
To była naprawdę świetna lektura.
Ślubuję jednak sobie i ogólnie ot tak ślubuję, że będę jednak dokonywać trochę lepszych weryfikacji przedzakupowych. Amen!

Dodaj komentarz