Poprzednia wyprawa z nastolatkiem (luty tego roku) wyszła… średnio. Jasne, jestem krytyczna wobec siebie, ale tym razem to nie przesada – naprawdę było sporo niedociągnięć. Dubaj. Brzmi jak szybki city break, a w praktyce to miasto tak rozległe, że żeby zobaczyć wszystkie must-see, trzeba tygodnia i kondycji maratończyka.
Dlatego w Barcelonie odpuściłam. Zero spiny, zero planu. Zamiast listy atrakcji – spontan. Na tyle, na ile umie go ogarnąć ktoś, kto ma tendencję nawet do planowania luzu.
How it started?
Zanim pojawił się u mnie dwulatek, co najmniej raz w roku ruszałam gdzieś z moim pierworodnym na jakieś wczasy albo chociaż na city break. I… okazało się, że mój szesnastolatek zatęsknił za taką formą wypoczynku i oficjalnie zawnioskował o kilkudniową wyprawę do Barcelony.
Ekscytującym i nieco przerażającym aspektem było zostawienie Bombelka – czyli wspomnianego dwulatka – samego z tatą. I uwaga – nie dlatego, że tata sobie nie poradzi (jest świetnym tatą). Bardziej chodziło o mnie – jestem z maluchem mocno związana i choć perspektywa nieprzerwanego snu i luzu była atrakcyjna, to jednak ten matczyny umysł bywa przewrotnie zaborczy.

Założenia i plan działania
Nie chciałam powtórzyć mojej pomyłki z Dubaju – pomyłki przeplanowania urlopu. Nie chciałam przygotować zbyt sztywnej checklisty, chociaż nie oszukujmy się… – nie jestem w stanie całkowicie zrezygnować z planu. ChatGPT poszedł w ruch i przedstawiłam mu moją wizję: chcę podczas naszego wyjazdu nieco zanurzyć się w miejskim klimacie Barcelony, ale też odpocząć nad morzem, poleżeć na plaży, pozwolić sobie na bierność.
Chat zasugerował miejscowość Sitges jako bazę noclegową. Spodobało mi się to nadmorskie miasteczko. Oprócz malowniczych uliczek oferowało bardzo wygodny dojazd koleją do centrum Barcelony. Znalazłam hotel z widokiem na Morze Śródziemne, a po zakupie biletów lotniczych i konsultacji z moim towarzyszem podróży, ramowy plan wyglądał następująco:
- Dzień 1 – przylot, Camp Nou oraz niespieszne rozgoszczenie się w Barcelonie
- Dzień 2 – spokojny i relaksujący dzień plażowania w Sitges
- Dzień 3 – pierwotnie i tutaj mieliśmy plażować, ale ostatecznie wyruszyliśmy do Barcelony
- Dzień 4 – pożegnanie z Sitges, lotnisko i powrót do domu
Miasto tajemnic – miasto przeklęstwa książek
Gaudí, Sagrada Familia, FC Barcelona – to były hasła, które kojarzyły mi się z Barceloną, zanim… No właśnie. Wracając z mojej wiedeńskiej eskapady, miałam kilka godzin na przygotowanie się do wypadu do stolicy Katalonii. Byłam tak rozentuzjazmowana tym, jak dobrze sprawdził się pomysł na szybkie poznawanie miasta za pomocą losowych podcastów, że wpisałam „Barcelona” na YouTubie i bez namysłu włączyłam pierwszy podsunięty przez algorytm odcinek.
„Barcelona – Miasto tajemnic. O czym milczy historia?” – audycja Radia Katowice.
Dlaczego wyświetlił mi się właśnie ten film sprzed siedmiu lat, kiedy takie zjawiska jak pandemia były czystą abstrakcją? Nie wiem. Nie mam pojęcia.
Natomiast opowieść Urszuli Pawlik o Barcelonie – mieście przeklętym, mieście książek, mieście Świętego Jerzego i smoków, maszkaronów i duchów – kupiła mnie całkowicie. Mimo że przesłuchałam jeszcze kilka innych barcelońskich podcastów (spacerując po Warszawie i lecąc samolotem), to właśnie ten odcinek chciałabym szczególnie polecić. To on najlepiej wprowadził mnie w klimat.
Punkt pierwszy programu – Camp Nou
Wylądowaliśmy już około 8:30 rano i od razu skierowaliśmy się w stronę Camp Nou.
Przyznaję, że do lipca 2025 nie miałam pojęcia, co to jest Camp Nou. Ba – nawet nie wiedziałam, że w ogóle istnieje. Natomiast mój towarzysz podróży wizytę na stadionie FC Barcelony wpisał jako kluczowy punkt programu naszej eskapady. Pozostało mi więc sprawdzić połączenia z lotniska i zarezerwować bilety. Nie chciałam absolutnie ryzykować, że tam nie wejdziemy!
O historii klubu, o jego haśle przewodnim Més que un club (Więcej niż klub), słuchałam sobie w samolocie. I bardzo się z tego cieszę – dzięki temu łatwiej było mi poruszać się po muzeum klubu, do którego zawitaliśmy. Ogłoszenie w gazecie z końcówki XIX wieku o poszukiwaniu mężczyzn zainteresowanych grą w piłkę nożną, artefakty dokumentujące najważniejsze wydarzenia z historii klubu – wszystko podane zgodnie z najnowszymi trendami, w imersyjnej ekspozycji, gdzie nawet osoba zupełnie niezwiązana z klubem (a nawet niespecjalnie zainteresowana piłką nożną) poczuje dreszcze. Naprawdę dobrze zainwestowany czas i uzasadniona inwestycja – około 40 euro za osobę.
Sam stadion przechodzi przebudowę, więc nie weszliśmy na płytę boiska. Natomiast z punktu widzenia budowlańca było to bardzo miłe doświadczenie. Na dodatek akurat montowali konstrukcję stalową, więc z przyjemnością zerkałam, co tam się dzieje. Niestety, nie odważyłam się podejść do dwóch gentlemanów w białych kaskach, którzy siedzieli niedaleko nas podczas naszego późnego śniadania i trzymali wydruki rysunków, które moje krótkowzroczne oko sklasyfikowało jako plan montażu. Ale w końcu – to były wczasy!


Śladami Gaudíego
Po odwiedzeniu Camp Nou przyszedł czas na „moją” część dnia. Ruszyliśmy w stronę Passeig de Gràcia, gdzie chciałam skonfrontować się z Casa Milà autorstwa Gaudíego. Wcześniej słyszałam już, że Barcelona uchodzi za wzór urbanistyki. Jak bowiem miałoby być inaczej, skoro to właśnie tutaj termin ten został ukuty? Już w okolicach Camp Nou zwróciłam uwagę na sześcioboczne skrzyżowania i manzanas – czyli kwartały zabudowy.
O Casa Milà poopowiadałam trochę mojemu Bomblowi – na tyle, na ile zdążyłam zgłębić temat. Spodobały mu się organiczne kształty na tyle, że z entuzjazmem ruszył ze mną w stronę Sagrady Famílii. I tam okazało się, że chętnie zobaczy jeszcze jakieś dzieło Gaudíego – tak duże wrażenie zrobiła na nim ta wciąż nieukończona świątynia.
Ruszyliśmy więc do Parku Güell, którego zupełnie nie planowałam. Owszem, słyszałam o nim, ale nie spodziewałam się, że faktycznie tam dotrę.
Oprócz parku udało mi się zwiedzić – już samotnie – Casa Batlló. Nie chciałam nadużywać cierpliwości mojego współtowarzysza, a tak się złożyło, że drugiego dnia w Barcelonie rozpoczęliśmy właśnie na stacji kolejowej tuż obok tego budynku.
Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do postaci Gaudíego i wszystkich zachwytów nad jego twórczością. Jednak po naszej wyprawie zostałam jedną z jego entuzjastek i długo nie mogłam odżałować, że nie udało nam się wejść do środka Sagrady Famílii.
Mój Bombel stwierdził stoicko, że widocznie tak właśnie miało być – i że wrócimy tam, żeby zobaczyć ukończoną już świątynię.



Sitges
Nasza baza noclegowa okazała się przemiłym nadmorskim kurortem, który – oprócz hoteli stojących na baczność w rzędzie nad morzem i malowniczej promenady – miał także urokliwe stare miasto. Odwiedziliśmy je w szczycie sezonu, więc ceny noclegów były prawie tak wysokie jak nad polskim morzem, a i bywało tłoczno. Natomiast odpoczęliśmy tam znakomicie.
Podróż z centrum Barcelony do Sitges zajmuje pociągiem zaledwie godzinę. Fakt, pociąg bywa dość zatłoczony, ale hiszpańskie koleje walczą z tym jak mogą – choćby wprowadzając piętrowe wagony. Urzekło nas to, bo żadne z nas jeszcze w takim nie siedziało.
Sitges to miasteczko bardzo inkluzywne. Raczej nie poleciłabym go osobom konserwatywnym. Dla nas jednak obecność tęczowych flag i miejsc przyjaznych LGBT ani nie szokowała, ani nie gorszyła. Cieszyliśmy się atmosferą życzliwości i otwartości.
Co robiliśmy w Sitges podczas plażującego dnia?
- plażowaliśmy na niewielkich plażach tuż przed naszym hotelem. Było nieco ciasno (moim role model wśród plaż są nadal te na Fuerteventurze), ale majaczące w tle katalońskie stare miasto kompensowało te niedogodności,
- jedliśmy pyszne jedzonko. O tym osobny akapit – katalońskie i hiszpańskie przysmaki zdecydowanie na to zasługują,
- spacerowaliśmy – każde z nas przemierzyło nadmorską promenadę wzdłuż i wszerz niezliczoną liczbę razy. Okolice kościoła świętego Bartłomieja i świętej Tekli (Església de Sant Bartomeu i Santa Tecla) i pobliskiego Palau de Maricel obeszliśmy o poranku, w południe, wieczorem, o złotej godzinie. Przyglądałam się rzeźbom przy promenadzie niezliczoną ilość razy. Czasami skręcaliśmy do centrum miasteczka, żeby zjeść przepyszne lody i zrobić drobne zakupy,
- siedzieliśmy na balkonie i piliśmy colę zero – gadając, nie gadając, odpoczywając. Dokładnie tak, jak to sobie wstępnie zaprojektowałam.



Co jeszcze w Barcelonie?
Drugiego dnia w Barcelonie – czyli trzeciego dnia naszego pobytu w Katalonii – kiedy ja zwiedzałam Casa Batlló, Bombel wyruszył dziarsko w stronę Parc de la Ciutadella, przez przypadek trafił na Łuk Triumfalny i porelaksował się na plaży Barceloneta. Ja z kolei z Casa Batlló ruszyłam w stronę Placu Katalońskiego z postanowieniem konfrontacji z La Ramblą!
Oh, jak wszyscy internetowi twórcy odradzają La Ramblę! Bo tandetna, bo zatłoczona, bo to nie jest prawdziwy klimat Barcelony… W dodatku miałam w głowie opowieść rodziców, że ktoś z nich (albo znajomych) właśnie tam padł ofiarą kradzieży.
A mnie – ciągnęło tam jak magnes.
Każde miasto ma taką ulicę. Zakopane – Krupówki, Bangkok – Khao San Road. Musiałam skonfrontować się z La Ramblą, na której „dochodzi do niecnych kradzieży”!
Schodziłam w jej stronę z Placu Katalońskiego, po drodze postanowiłam zerknąć na japonki w ogromnym sklepie Havaianas. Uśmiechałam się szeroko, patrząc na ulicę, która po prostu płynęła ludźmi – tętniąc życiem, tętniąc turystami. Skwar, południe – La Rambla żyje.
Nikt mnie nie okradł, ale też nie zdążyłam przyjrzeć się maszkaronom, które miały chronić barcelońskie domy. Skręciłam w stronę mojej ulubionej (jak dotąd) dzielnicy gotyckiej, mniej więcej na wysokości Mercat de la Boqueria.
W Barri Gòtic beztrosko chodziłam wąskimi uliczkami i cieszyłam się, jak przyjemnie zacieniona jest ta część miasta. Wybraliśmy się z Bomblem na paellę, którą obiecaliśmy sobie zjeść już na początku wyjazdu.
Nie dotarłam do dzielnicy El Born.
Nie dotarłam do Bazyliki Santa Maria del Mar.
Nie dotarłam na wzgórze Montjuïc.
Absolutnie nie mogę powiedzieć, że Barcelonę poznałam wzdłuż i wszerz. Mogę jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że nacieszyłam się jej klimatem. Nacieszyłam tym, że mimo 30-stopniowego upału ulice były przyjemnie zacienione drzewami. Nacieszyłam się błądzeniem bez celu. Z ciekawością obserwowałam, jak bardzo to, co katalońskie, nie chce być hiszpańskie.
I nawet nacieszyłam się wejściem z nastoletnim turystą do hiszpańskiej Zary (świętującej akurat swoje 50-lecie) – ja, żeby sprawdzić, jak Inditex radzi sobie w ojczyźnie, a on – czy nie znajdzie jakichś ciekawych jeansów.

Tapasy kontra permanentna redukcja – czyli walka z wiatrakami
Na koniec obiecany akapit o kulinariach. Wcale nie dziwię się, że jedna z pierwszych książek kucharskich – Llibre de Sent Soví – powstała właśnie w Barcelonie. Tyle tam jest do odkrycia… Kilka naszych ulubieńców z barcelońskich (i sitgesowych) stołów:
Tapasy. Tapasy, tapasy i jeszcze raz tapasy. Najgorszy koszmar każdego na diecie redukcyjnej. Bo taka jedna mała kanapeczka, taki niepozorny ziemniaczek potrafi nieść ze sobą solidny ładunek nie tylko białka, ale i tłuszczu. Przepyszne kompozycje z owocami morza, sardynkami, sery, patatas bravas…
Najlepsze – moim zdaniem – jedliśmy w Sitges, w małej knajpce, gdzie siedzieliśmy przy barze i za 2 euro dobieraliśmy kolejne, i kolejne, i kolejne. Do dziś zastanawiamy się, jak kelnerzy byli w stanie zapamiętać nasze zamówienie i czy rachunek rzeczywiście odpowiadał temu, co zjedliśmy.
Arepas. Wcześniej ich nie znałam. Podobno pochodzą z Wenezueli, na Półwysep Iberyjski trafiły przez Wyspy Kanaryjskie. Mięciutkie kukurydziane bułko-tortille, nadziewane tak, że trudno się było od nich oderwać.
Śniadania. W wersji globalnie zdrowej – açai bowle. W wersji bardziej lokalnej – jamón serrano, queso i odrobina zieloności z orzechami dla równowagi.
Cava. Obok kawy (którą piłam prawie wyłącznie w wersji mrożonej) – mój ulubiony napój tego wyjazdu. Perlista, lekka, idealna nawet do śniadaniowego menu.
Paella. Tego nie mogło zabraknąć. Trafiliśmy do knajpki w Barri Gòtic, schowanej tak, że trochę się nagłowiliśmy, zanim ją znaleźliśmy. W środku – sami autochtoni i talerze pełne przepyszności.
Sangria. Podcasterzy ostrzegali: w Barcelonie często podają gotowce z marketu, w dodatku w turystycznych cenach. Moja sangria była domowa, na czerwonym winie. Wypiłam ze smakiem, ale nie sięgnęłabym po nią ponownie – to jednak cięższy alkohol. Lekka cava zdecydowanie bardziej rezonowała z barcelońskim klimatem.
Na szczęście ilość nabitych podczas pobytu króków kompensowała wszystkie nadprogramowe kalorie … albo przynajmniej lubię w to wierzyć.







Wnioski
Z pełnym brzuchem po tapasach i sangrii, spróbuję podsumować barceloński trip.
- Co było moim zdaniem kluczem sukcesu wyjazdu? To, że fajnie robić coś razem, ale trzeba wpleść i w wypoczynek, i w zwiedzanie trochę indywidualizacji. Dobrze jest spędzać czas razem, ale żeby podbić jeszcze bardziej jego jakość warto rozdzielić się i zrobić to, na co ma się ochotę. Jedna strona ma ochotę coś zobaczyć, druga strona niekoniecznie.
Tak, dajmy sobie trochę przestrzeni.
Dodatkowo dla szesnastolatka możliwość samodzielnego błądzenia po nieznanym mieście jest czymś ekstra. Jest to również test, jak nastolatek poradziłby sobie w samodzielnej podróży. A jednocześnie test bezpieczny i kontrolowany. - Czy to starość, czy bieda? Zawsze jednym z moich must’ów na urlopach był pokój z widokiem na morze lub ocean. Tak, żeby budzić się rano i od razu po otwarciu oczu, nawet bez soczewek kontaktowych oglądać bezkres wody. Jakoś podczas tego wyjazdu stwierdziłam, że może następnym razem zrezygnuję z tego kosztownego przywileju i wybiorę coś dalej. I tak nie miałam za dużo czasu na kontemplowanie tego widoku…
- Szesnastolatek potrafi robić świetne zdjęcia. Inwestycja milionów komentarzy wygłoszonych pod jego adresem w końcu zaprocentowała i mam świetne zdjęcia z wyjazdu ze sobą w roli głównej!
- Przekleństwo książek dopadło i mnie w Barcelonie – o tym, że wychodząc na plażę z książką teleportującą mnie do ukraińskich okopów czułam się nieswojo, opowiem wkrótce.



Post scriptum
Przekleństwo barcelońskich książek spalonych przez Inkwizycję spróbowałam odczarować… audiobookiem. Katedra w Barcelonie Ildefonso Falconesa to opasła cegła, której nigdy nie przeczytałam. Ale ściągnęłam ją na lotnisku, czekając na spóźniony samolot, i… słucham jej nadal. Audiobook jest bowiem równie opasły jak papierowe tomisko.
Uśmiecham się, gdy w fabule pojawiają się znajome miejsca – plac w dzielnicy Born, katedra Santa Maria del Mar, którą mijałam błądząc po okolicy. W książce przewija się nawet Sitges – szeroko się uśmiechnęłam, gdy je usłyszałam. Sama powieść jest przerysowana, bohaterowie trochę papierowi, ale przyjemnie tak oderwać się od rzeczywistości. Zwłaszcza z myślą, że tradycje budowlane w Barcelonie są żywe od średniowiecza – i że zawsze znajdzie się tu jakaś budowa in progress. Najlepiej taka, która trwa wiecznie, jak katedra.
Ciekawe, czy uda mi się jeszcze wrócić do Barcelony i zobaczyć ukończony stadion Camp Nou oraz Sagradę Familię?
