Co słyszysz, gdy pomyślisz o Wiedniu? Czy – tak jak ja – pierwsze takty „Nad pięknym modrym Dunajem”? Zapraszam Cię na szaloną, jednodniową podróż do austriackiej stolicy.

Dlaczego pojechałam właściwie do Wiednia?
Jakieś dwie (lub trzy?) soboty temu rozpoczynałam dwutygodniowy urlop i mój Oblubieniec zaproponował, żebym może w weekend nieco odsapnęła. Prawdopodobnie miał na myśli to, żebym podjechała sobie do mojej katowickiej samotni i tam po prostu odpoczęła (nieprzerwany sen to dla matki prawie dwulatka – coś na wagę złota). Ale jakoś moje jestestwo poczuło jakiś zew przygody i… postanowiło pojechać jeszcze trochę dalej na południe.
Do Wiednia.
Niedawno w telewizji transmitowano koncert muzyków Filharmonii Wiedeńskiej, którzy występowali w ogrodach pałacu Schönbrunn.
Może to był ten impuls ostateczny?
Nie, impulsem ostatecznym było to, że sprawdziłam prognozę pogody – Wiedeń wypadał o słońce i 5 stopni Celsjusza lepiej niż Warszawa… Więc… w drogę!

Technologia AI w planowaniu podróży
Ponieważ…
a.) jestem absolwentką drugiej kohorty AIDEAS
b.) byłam w deficycie czasu (bo i ostatnie dni w pracy, i życiodom do ogarnięcia), a jest czwartek, a w piątek chcę wyjechać, zadałam Chatowi do zaplanowania mój wyjazd – podając mniej więcej przedział czasowy i dopisując, że ma być to trip w stylu Sisi.
Chat zgodził się ze mną, że powinnam zacząć w Schönbrunn, dodał mi jeszcze kilka miejsc do zerknięcia (w tym apartamenty Sisi jako opcja), więc na kanwie przemyśleń mojego defaultowego LLMa wymyśliłam plan następujący:
Skok 1 – szybka przeprawa Warszawa – Katowice, późnym wieczorem, żeby bezproblemowo wydostać się z miasta i sprawnie dotrzeć na Śląsk
Skok 2 – Katowice – Wiedeń. Wyruszyć bladym świtem, kiedy tylko świat lekko się zarumieni i w około 4 godziny przeskoczyć na najbardziej północny P+R (park and ride) w Wiedniu, zaparkować furkę i rozpocząć oficjalnie zwiedzanie.
Skok 3 – już w Wiedniu – wskoczyć do metra – ruszyć do Schönbrunn, przechadzać się po przepięknym parku

Skok 4 – przeprawić się na wiedeńską starówkę, pokontemplować jej wspaniałości na tyle, na ile pozwoli czas, a potem wrócić do samochodu
Skoki 5 i 6 – już wyciszające – przeprowadzić trasę powrotną do Warszawy, z międzylądowaniem na Śląsku.
Około 14 godzin w samochodzie, 10 godzin w terenie, ale jeśli zapytasz, czy warto – odpowiem tylko: warto.
Nie wybrałam pociągu, bo niestety odbiera to pewną elastyczność przy planowaniu, ale może byłaby to równie dobra opcja, gdybym chciała nocować w Wiedniu, a nie w Katowicach.
Co robić w aucie? – czyli podcastowe szaleństwo
Trip był nieplanowany, a zawsze podziwiam – i trochę zazdroszczę – harmonijnym personom, które planują, weryfikują, studiują… i dopiero jadą.
Natomiast mi pozostało puścić sobie na pełen regulator w samochodzie podcasty o Wiedniu – bez jakiejkolwiek wstępnej selekcji, po prostu wpisując w Spotify i tyle – ot, co popadło.
Co było ciekawe w tych podcastach – w czym mi posłużyły:
- zarysowały mi pogląd starówki. Mam w miarę dobrą wyobraźnię, więc jak posłuchałam o ringu otulającym Wiedeń i o tym, gdzie co znajdę, to potem, jak rzuciłam okiem na mapę, mogłam to sobie o wiele szybciej przywołać i rozlokować
- zahaczyły o naprawdę nietypowe „smaczki” – rzeźby genitaliów na fasadzie katedry Świętego Stefana? Naprawdę? Na fasadzie?! Nie wiem, czy to przez ten podcast, ale naprawdę je tam zobaczyłam. O zgrozo!
- przestraszyły mnie wiedeńską kawą
- dowiedziałam się, że Sisi miała tatuaż w kształcie kotwicy. Jak na takie stanowisko, było to zdecydowanie nietuzinkowe i odważne
- bardzo wzruszyły mnie opowieści o Wiedniu oglądanym wtedy, kiedy ja się jeszcze nie urodziłam – bogate, zachodnie miasto, robiące piorunujące wrażenie na peerelowskich Polakach. I ten splendor, który ciężko objąć rozumem, jeśli mieszkało się w socjalistycznej części Europy
- na koniec zaczęłam się naprawdę filozoficznie zastanawiać, gdzie znajdowało się moje rodzinne miasto – Żory. Wydawało mi się, że w zaborze pruskim, nie austriackim, ale poczułam niezmożoną ochotę, żeby zgłębić ten temat i sprawdzić, jak to było, skoro tak dobrze mi było w tym Wiedniu. I tak, odświeżyłam sobie temat wojen śląskich i moment, w którym – niestety – Żory przeszły pod pruski zarząd. A wpływy austriackie? Ulotniły się bezpowrotnie. Ach, jakże zazdrościłam w pewnej chwili pani podcasterki urodzonej w Cieszynie, mówiącej, że właściwie Sisi to była też i jej cesarzowa. No cóż. Wydaje mi się, że moja – absolutnie nie.
Podcasty wyłączyłam na mini-postoju tuż przed P+R Leopoldau i… wjeżdzałam do Wiednia właśnie tak, jak chciałam, słuchając chyba najbardziej znanego utworu Johanna Straussa i meandrując sobie po wiedeńskich przedmieściach.
Schönbrunn – kluczowy punkt programu

To tam najpierw dotarłam i muszę szczerze przyznać, że nie do końca byłam zadowolona z opcji zwiedzania, którą wybrałam. Dlaczego? No cóż… zakup biletu zrobiłam niejako pod wpływem chwili, tankując samochód… Okazało się, że wykupiłam zwiedzanie pałacu z przewodnikiem. Przewodniczką była świetna, anglojęzyczna Austriaczka Petra i opowiadała wspaniale – z pasją, z humorem. Ale ja jakoś nie miałam po prostu ochoty zwiedzać wnętrz i słuchać aż tyle o Habsburgach.
Chciałam po prostu poczuć się jak Sisi przemierzająca ogrodowe alejki, zrelaksować się, pobyć sama ze sobą i poruszać się w swoim tempie.
No i… Petra była zapaloną fanką Marii Teresy i jej ordnungu. Jakoś poczułam niechęć w stronę Sisi – podkreśliła, że do Sisi to do Hochbergu sobie można pojechać obejrzeć apartamenty, a tutaj – psik – jest Maria Teresa i jej dziedzictwo.
A jakoś Maria Teresa zapadła mi w pamięć w tej trasie najbardziej stąd, że jedna podcasterka śmiała się poniekąd z tego, że jest piękny i wspaniały pomnik Marii Teresy w Wiedniu – piękny, wspaniały i imponujący…
Natomiast może warto wspomnieć też o tym, że okazały jest nie tylko pomnik, ale i tyłek Wielkiej Habsburżanki.

Dlaczego Sisi wydaje mi się być inspirująca?
Czasami dostajesz ksywę za to, że prosisz innych, żeby dodali Cię w kopii maila – czyli w CC, czytaj: Sisi… No i tak – ot, słowo do słowa – zostajesz Księżniczką Sisi. Śmiejesz się z tego, wzdychając jednocześnie, że skoro uczysz się liderowania, to musisz frycowe zjeść i zaleźć paru osobom za skórę – chcący czy niechcący.
Ale jakoś mimowolnie zaczynasz przyglądać się tej postaci.
Przyglądasz się jej, pamiętając wspaniały film z Romy Schneider i romantyczną stronę tej historii.
Przyglądasz się idąc znacznie później na film „W gorsecie” i – o zgrozo – jak zupełnie inaczej, współcześnie to wygląda.
Będąc na Korfu, myślisz sobie – o, jak wspaniale, że aż tutaj wyjechała. Jak wspaniale, że też pasjonowała się mitologią… Czyli po prostu – wierzyła trochę w bajki.
No i na koniec gdzieś tam zastanawiasz się – jak to było naprawdę.
Czy to była pierwsza celebrytka, która dzisiaj wyskakiwałaby Ci z lodówki?
Czy była szczęśliwa?
Czy miała poważne problemy ze sobą – z zaburzeniami odżywiania i obsesją dbania o urodę na pierwszym planie?
Neurotyczna, walnięta…
Ale, ale – ona by pewnie zrozumiała doskonale moją dziką chęć szybkiej przejażdżki w 24 godziny.
Smaki Wiednia czyli jak nadwyrężyłam mój deficyt kaloryczny i nie nabiłam dziennej porcji białka
Apfelstrudel – no powiem szczerze, nie był zbyt smaczny. Na szczęście zjadłam go w naprawdę przepięknych okolicznościach przyrody…

Gespritzter weisswein – to była namiastka alkoholu, na którą sobie pozwoliłam. Lekki, orzeźwiający.
Cafe melange – po przesłuchaniu bloga o Wiedniu nie miałam odwagi na to, żeby spróbować wiedeńskiej kawy, która rzekomo jest paskudna. Strach przed złą kawą sprawił, że wolałam uciec.
Wienerschnitzel – no musiał być. Podany z klasycznym kartoffelsalatem – takim prostym, zupełnie: same ziemniaki, octowy sos i cebulka.

Och, jak zupełnie to inne zjawisko od tradycyjnego śląskiego kartofelsalatu, który u mnie w domu był z marchewką, selerem, groszkiem konserwowym i pietruszką. I w którym nie było cebuli. A sos był na bazie majonezu.
Ten sznycel był tak ogromny, że nie powinnam była go jeść. Ale smakował mi tak przednio, że zjadłam cały.
Cafe Sacher – mam bardzo piękne wspomnienie z tortem Sachera przyrządzonym kiedyś przez moją psiapsi. Jadłam go w sylwestra i mega mi smakował, mimo że psiapsi nie była zachwycona tym, co upiekła. Potem kiedyś podała mi odmrożony, równie dobry kawałek.
A co myślę o oryginale? Warto było go zjeść – świetnie komponuje się ciasto – bogate, mokre i ciężkie ze śmietaną.
Ponieważ nie było zbyt wiele miejsc, połączyłam siły z pewną Włoszką z Sycylii. Wspólnie się delektowałyśmy, ale co do śmietany miałyśmy jedno zastrzeżenie – nie była ona ubita „na lekko”, ale była zdecydowanie jakaś zbyt twarda, prawie masłowata.

Matko, aż się dziwię, że ja to wszystko wtłamsiłam w siebie!
Co na plus?
- Harmonia, harmonia, harmonia – to chyba było to, co mnie przyciągnęło do Wiednia. Byłam spragniona tej harmonii. Wiedeń ma w sobie coś sztywnego, coś małoelastycznego, ale jest w tym pewna czystość i lekkość. Dla mnie to było uwalniające
- Ta lekkość – i w poruszaniu się. Buch – jestem na parkingu przy metrze, płacę za cały dzień niecałe 5 euro, wskakuję do metra, mając za niecałe 9 euro bilet na 24 godziny. Google Maps podaje mi wszystkie trasy perfekcyjnie. Nie stresuję się, odpoczywam. Jest coś w tym Wiedniu takiego kompaktowego, że wcale nie czuję się, jakbym była w wielkiej stolicy… Konfrontuję go z Warszawą i wydaje mi się taki prosty – mimo czterech linii metra. Czy to tylko dlatego, że jestem tam tak krótko?
- Och, jak ja mogłam w ogóle sobie założyć, że skoro jadę tylko na chwilę, to nie będę chciała – jak to mam w zwyczaju – „zobaczyć wszystkiego”, więc buty to biorę wygodne, ale takie z lekkim ryzykiem otarcia. I po prawie 26 000 kroków kończę z obtarciami i wściekłością na siebie, że znowu to zrobiłam.
Czy wrócę do Wiednia?

Na mojej liście marzeń w dalszym ciągu jest Wiedeń noworoczny – marzę o tym, żeby kiedyś wylosować bilet na koncert muzyków Filharmonii Wiedeńskiej i spędzić właśnie tam mój Nowy Rok.
Nawet jeśli koncert ogląda się lepiej w swoich domowych pieleszach, bo jest duszno i wcale nie tak spektakularnie, jak się wydaje (takie głosy można gdzieniegdzie spotkać)…
Może uda się tam jeszcze wyskoczyć na bardziej skoordynowane zwiedzanie, może zajrzę do jednego z ponad dwustu muzeów… Może?
Natomiast z całego serca polecam Wiedeń – na elegancki, harmonijny i zupełnie własny czas.











