Jestem VAIAANAAAAA czyli wpis, który zrozumieją wszyscy fani bajek Disneya

Na wstępie: wiem, że Vaiana (lub też Moana dla amerykańskiej publiczności) pochodzi z Polinezji czyli zupełnie innego kręgu kulturowego niż Azja Południowa-Wschodnia. Polinezja jeszcze przede mną. Ale… być może z powodu obcowania z tropikami z poziomu dość prymitywnej łódki, nie mogłam się oprzeć śpiewaniu pod nosem „Pół kroku stąd”. Tak, kończę z analizą, bo im bardziej analizuję, tym bardziej nieprecyzyjna wydaje mi się moja metafora z Vaianą. Longtail boat miał silnik i to tak hałaśliwy, że mogłam sobie śpiewać tę piosenkę na pełny regulator. Chodzi o subiektywne odczucie.

img_4615
Przypominam o niezbędniku, który może niebotycznie poprawić komfort takich podróży:
A. ochronne słuchawki dla Bombelka
B. zatyczki do uszu dla dorosłych
Mądry Polak po szkodzie…

Cofam się nieco wstecz z moimi wspomnieniami, do wspaniałych styczniowych czasów tajskich podróży, przeglądam notatki i… Natrafiam na opis wycieczki, którą urządziliśmy sobie będąc na Koh Lancie.

To była druga wyprawa wodna. Pierwszą wybraliśmy w formie zorganizowanej – pojechaliśmy na Koh Phi Phi i… nieco przytłoczyło nas to doświadczenie. A tak po prawdzie, to po drugim zdaniu naszego krzykliwego przewodnika miałam ochotę wyjść z łódki lub też raczej z niej wyskoczyć.

Więc tym razem zrezygnowaliśmy z wielkiej, szerokiej i bezpiecznej łodzi na rzecz tradycyjnego long-tail boat’a. Nie do końca pamiętam, w jaki sposób znaleźliśmy naszego przewoźnika. Są spore szanse, że podpytałam o niego naszego znajomego tuktukowca i… umówiliśmy się na 8.00 rano, żeby wyruszyć na wycieczkę.

Bardzo chcialiśmy zwiedzić wysepkę Koh Rok, ale niestety okazało się, że jest dość silny wiatr i jest to niemożliwe. Popłynęliśmy za to na Ko Ngai i Ko Muk.

Long-tail boat – czy on rzeczywiście jest taki poetycki? No cóż, ważną kwestią, którą może warto podnieść, żeby trochę tej poetyckości dodać jest fakt, że jest strasznie głośny. Nie mam pojęcia z czego wyjęty był silnik naszej łodzi – z kosiarki, pralki – na pewno nie był to jakiś licencjonowany twór, a raczej samodziełka. Najbardziej martwiłam się tym, że nie wzięłam dla naszego bombelka słuchawek, które wygłuszyłyby hałas silnika. Było naprawdę głośno, ucho przy uchu nie dało się rozmawiać. Silnik wibrował aż w kręgosłupie.

Druga kwestia to fakt, że wyruszyliśmy w dzień, kiedy naprawdę mocno wiało. Trzymałam bombelka kurczowo, zawiniętego szczelnie w kapok. W drodze na wyspy było jeszcze w miarę spokojnie, natomiast droga powrotna, kiedy wiatr zerwał się jeszcze mocniejszy… No byłam trochę poddenerwowana. Cieszyłam się też z faktu, że żadne z nas nie miało choroby morskiej – bujało na tyle, że można byłoby ją łatwo złapać.

Pozowane – Bombelek ściskany był o wiele mocniej niż na poglądowym obrazku

Po serii narzekań i słabych punktów czas na rzeczy, które mnie ujęły:

  • to był dla mnie prawdziwy klimat – drewniana, bujająca łódka, fale wlewające się do środka, fakt, że mieliśmy łódkę tylko dla siebie i sami ustalaliśmy na przykład czas postoju – rewelacja, pełna swoboda
  • postój na wyspie Ko Ngai, gdzie było prawie całkowicie nic. No dobra – gdzieś tam z tyłu był jakiś resort wyglądający na luksusowy (głównie swoją niedostępnością).
    I tu taka moja refleksja – to prawdopodobnie było takie miejsce, do którego warto byłoby wziąć plecak, a nie walizkę, ze względu na to, że dostać tam się można było tylko long-tailami. Ale czy turyści przypływający się tym przejmowali? No niezbyt – okazywało się, że jakoś i z wielgachnymi walizkami dają sobie radę.
  • snorkeling – tak, to na Ko Ngai dopiero pierwszy raz naprawdę zanurzyłam się na całego w podwodnym świecie – była na to przestrzeń, był na to czas i luz i… naprawdę zachwyciłam się kolorami, stworzeniami, grą światła… Coś cudownego!
  • lunch na wyspie – wiadomo, pewnie woda zaostrza apetyt, ale to uwiecznione przeze mnie jedzenie to był jakiś obłęd.
    Tak, wiem, surowe owoce, tak wiem – mogło się to źle skończyć żołądkowo, ale nie skończyło, a było przefantastyczną kulinarną przyjemnością.
    Och, jak ja uwielbiam radość z prostych, lokalnych smaków!
Proste smakołyki i rajskie widoki… Czego chcieć więcej?
  • grota – otóż na kolejnej wyspie – Ko Muk, podpłynęliśmy do groty. Były tam inne łódki, takie wycieczkowe, spore. My – kameralnie, każdy pojedynczo, bo Bombelek niezbyt nadawał się do płynięcia w grocie wpływaliśmy do miejsca, które jednoznacznie kojarzyło mi się z Podróżą do wnętrza ziemi Juliusza Verne. Wskakujesz z łódki do morza, wpływasz do ciemnej groty, płyniesz kawałek – szczególnie płynąc tam masz wrażenie, że odcinek jest całkiem spory. Robi się całkowicie ciemno, ale na końcu zaczyna majaczyć światło i… jest tam inny świat. Laguna, wodospad, plaża…
    To było po prostu rajskie. Przez chwilę miałam wrażenie, że to scenografia z filmu, a nie prawdziwe miejsce.
    Niestety z wrażenia nie zrobiłam zdjęć, które oddają piękno tego miejsca. Dobrze, że mam to wspomnienie w głowie…

Wróciliśmy na Koh Lantę bardzo zmęczeni – zarówno falującym morzem, jak i rykiem silnika. Sól osiadła na skórze, ubrania wciąż były wilgotne, a w powietrzu czuć było zapach spalonego diesla (chyba nie była to benzyna…). Ale jakoś tak z perspektywy czasu te kwestie wydają się znikać, a zostają obrazy i wspomnienie tej wolności i swobody na wodzie. To była zupełnie inna jakość niż Koh Phi Phi – zamiast krzykliwego przewodnika i tłumu turystów fotografujących każdy listek, mieliśmy luksus ciszy (przerywanej warkotem silnika) i możliwość, by sami zdecydować, gdzie i na jak długo się zatrzymać.

Najbardziej zapadł mi w pamięć widok Bombelka, który wtulony w kapok, raz marszczył brwi, raz śmiał się do fal – jego reakcje były najlepszym barometrem tej podróży.

I chyba właśnie to jest kwintesencją takich wypraw: nie płynie się long-tailem dla wygody. Płynie się dla wolności. Nawet jeśli ta wolność czasem wręcz ogłusza 🤭

Dodaj komentarz