Koh Phi Phi

Czyli jak zmierzając śladami Leonardo Di Caprio rozcięłam sobie stopę i poprzysięgłam, że to moja pierwsza i ostatnia zorganizowana wycieczka w Tajlandii…

Koh Phi Phi było moim bardzo wielkim marzeniem – nasłuchałam się sporo dobrych rzeczy. Że jest bajecznie, że wspaniałe hotele, że przepiękne krajobrazy. I że w ogóle to jest must-go. Ale… Byłam też czujna, bo i o złych rzeczach nasłuchałam się też niemało. Tu postawię kropkę.

Na niewielką wyspę ruszyliśmy z Koh Lanty – naszej bazy wypadowej przez kilka dobrych dni. Myślę, że o Koh Lancie jeszcze opowiem, bo był to ważny punkt na mapie mojego wyjazdu. Który to z początku nie był destynacją z moich snów i marzeń.

W ramach wyprawy na Koh Phi Phi wybraliśmy formę oficjalną, taką z przewodnikiem. W końcu jesteśmy odpowiedzialnymi rodzicami rocznego dziecka. O poranku ruszyliśmy na północ wyspy, żeby stamtąd ruszyć ku przygodzie. Jako transport do miejsca zbiórki, odpowiedzialni i rozsądnie rodzice wybrali jednogłośnie coś, co często spotyka się w Tajlandii, a jest to po prostu paka ciężarówki uzbrojona w miękkie siedzenia. Fotelik dla dziecka? No thanks!

Wehikuł wiozący nas do miejsca zbiórki w porcie na północy Koh Lanty – nie widać śladu fotelika dla dziecka

Ruszyliśmy z portu na północy Koh Lanty i płynęliśmy dość długo. Na łódce było więcej ludzi niż stosowne, żeby było wygodnie. Sardynki w puszce. Niemniej jednak, była ona stabilna i wydawała się bezpieczna – oprócz tej wspomnianej ciasnoty.

Moim nemezis był ON… nasz… przewodnik/opiekun i czy raczej… wodzirej. Oh, nie pamiętam imienia tego pana, ale wiem, że był głośny, gadający non stop i że miałam go dość właściwie po pierwszym wypowiedzianym przez niego zdaniu, które nie wiem jak brzmiało, ale wiem, że było bezsensowne.

Co tak naprawdę przyciąga na Koh Phi Phi?

Otóż, podróżuje się tam po to, żeby między innymi zobaczyć Maya Beach – tę słynną plażę z filmu Niebiańska Plaża (dokładnie na Koh Phi Phi Leh). Wspaniały twór lat 90., który bez wątpienia przyczynił się do turystycznego rozwoju Tajlandii. Co nie do końca było takie wspaniałe, ponieważ w pewnej chwili Maya Beach została zupełnie stratowana przez turystów. Nie jestem wielką fanką Di Caprio, ale film The Beach bardzo lubię i przejrzałam go przed wyjazdem.

Gdziekolwiek podczas tej wyprawy byśmy nie zacumowali – tam były tłumy. Płynęliśmy jakąś piękną zatoczką… A obok nas inne łodzie – duże – małe – pełne – tak pełne, że ludzie się z nich wylewali. I jeszcze burczące głośno long tail boaty. W takich chwilach zazwyczaj udaje mi się tak unieść głowę, tak skierować wzrok, że odcinam to, co niżej – cały tłum, cały zgiełk i naprawdę widzę to, co może zachwycać. Ale nie jest to łatwe w tym zgiełku.

CCzy warto było ściskać się w łódce i słuchać żenujących żartów wodzireja?

Paradoksalnie – bo nie szczędzę tutaj słów o tłumach, o tłoku… Uważam, że warto.

Koh Phi Phi ma w sobie jakąś magię. Może trzeba przypłynąć do Maya Beach o innej porze, może jest jakaś pora, której ja nie odkryłam, a wtedy właśnie plaża jest pusta, dzika… A może trzeba zaakceptować tłok, zaakceptować innych i siłą swojej wyobraźni wymazać ich z widnokręgu i zobaczyć ten obraz w wyobraźni?

Tak, da się zrobić zdjęcie na Insta, na którym prawie nie widać tłumów koczujących turystów. Tak – to miłe wspomnienie. Ale czy każdy jest na to gotowy? No nie wiem.

Oprócz Maya Beach był też snorkeling, który przypłaciłam rozciętą stopą… Naprawdę nie wiem, jak to zrobiłam, a właściwie to doskonale wiem, że na szybko chciałam sobie wskoczyć, olewając buty do wody i… szkyrt o jakiś ostry kamień. Ponieważ jestem dość nieczułą jednostką, to ranę zobaczyłam dopiero kiedy wgramoliłam się na pokład. Wodzirej zarządził dezynfekcję, ale odebrałam mu jodynę i bandaż, bo nie ufałam człowiekowi za grosz. Zawinęłam się w bandaż. I było po sprawie. Rana bolała zdecydowanie mniej niż obecność szalonego przewodnika.

Bandaż na stopie świetnie komponował się ze zdartym kolanem, które zafundowałam sobie kilka dni wcześniej. Szczegóły tego incydentu są chyba jeszcze bardziej banalne niż wystający kamień. Stałam na 2 schodkach przed pyszną jadłodajnią naprzeciwko naszego hotelu na Koh Lancie, miałam mojego roczniaka na ręku. I mój japonek stopy prawej wykonał bardzo dziwny manewr i… zaczęłam lecieć. To, że ja leciałam, to pal licho – ale mój junior skierowany był twarzą do zbliżającej się do nas płaszczyzny. Jak to zrobiłam, że małemu nie stało się zupełnie nic – nie mam pojęcia. Ani szramki, przestraszył się tylko. Za to moje gruchnięcie poskutkowało przeoranym wręcz kolanem.

Jaki morał z tej historii? Niech będzie tych morałów kilka:

  1. Jeśli zorganizowane wycieczki, to tylko w kameralnych grupach – nie masówki.
  2. Koh Phi Phi – czy Ci się spodoba czy nie – pozostawiam niezależnej ocenie. Weź pod uwagę tłumy.
  3. Snoarkling – nawet taki na chwilę – lepiej w butach do wody, żeby nie skończyć jak ja z zabandażowaną stopą.
  4. Japonki są wspaniałym obuwiem – najlepszym, jakie można sobie wyobrazić, ale mogą mieć tendencje do poślizgu np. na schodach i również mogą się przyczynić do awarii.
  5. Jodyna, gaza, bandaże – warto mieć je gdzieś pod ręką, jeśli się wybierasz na wycieczkę. Na wszelki wypadek. Ciekawe czy ten morał zapamiętam.

Jest jeszcze jedna rzecz, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie i w drodze na Maya Beach, i w ogóle w niektórych miejscach w Tajlandii.
Drogi ewakuacyjne przed tsunami.
Idziesz przez piękny… wąwóz, pod stopami bielutki piasek, po obu stronach wielkie ściany przyozdobione egzotyczną roślinnością o tak intensywnej zieloności, że nie dowierzasz. I… widząc ten znak zaczynasz sobie wyobrażać, co by było, gdyby nagle przed tobą wyrosła ściana wody. Czy dałabym radę chwycić chłopaków i uciec? Czy tłum, wśród którego szliśmy (bo to droga na Maya Beach, zatłoczona jak Marszałkowska w południe) stratowałby się…
Tak – niewielki niebieski znak, a wywoływał dreszczyk. Nieprzyjemny dreszczyk.

Po przyjeździe intensywnie przeszukiwałam internet w poszukiwaniu wielkiego tsunami, które nawiedziło Tajlandię podczas Bożego Narodzenia w 2004 roku.

Szczególnie utkwiła mi w głowie historia pewnej modelki, wydawało mi się, że to Kurkova – tak, czeskie nazwisko, ale chodziło o Petrę Nemcovą. Coś przerażającego. Coś niesamowitego. Tsunami nie ma litości nawet dla bogatych, pięknych i sławnych, jak się okazuje…

Nie wiem czemu kończę taką przytłaczającą myślą, ale gdzieś to się wszystko miesza w moim wspomnieniu Koh Phi Phi. Piękno natury i tłum turystów. Znowu piękno natury i jej brutalność. Wyobrażenia i rzeczywistość. Sacrum profanum – ot co.

Co robiło na mnie wielkie wrażenie i w drodze na Maya Beach, i w ogóle w niektórych miejscach w Tajlandii to drogi ewakuacyjne przed tsunami. Po przyjeździe intensywnie przeszukiwałam internet w poszukiwaniui wielkiego tsunami, które nawiedziło Tajlandię podczas Bożego Narodzenia.

Szczególnie utkwiła mi w głowie historia pewnej modelki, wydawało mi się, że to Kurkova – tak, czeskie nazwisko, ale chodziło o Petrę Nemcovą. Coś przerażającego. Coś niesamowitego. Tsunami nie ma litości nawet dla bogatych, pięknych i sławnych, jak się okazuje…

Dodaj komentarz