Dokładnie tyle trwał mój najdłuższy urlop w życiu – a przynajmniej status quo na przełom pierwszego i drugiego kwartału 2025.
O czym będzie?
O moich motywacjach, o wyborze kierunku i… ogólnie o plusach i minusach podejścia totalnego do urlopu.
Może ktoś z Was ma podobne dylematy? A może ktoś się uśmiechnie pod nosem, bo 24 dni to taki dopiero prolog prawdziwego Total Holiday.
Co lepiej działa na bardzo modny w tej chwili dobrostan?
- Szybkie city breaki (do weekendu dobieram piątek i poniedziałek) z ryzykiem, że telefon z pracy zadzwoni w dni kiedy organizacja „nie śpi”?
- A może workation, bo szkoda tego urlopu, a jak się pokombinuje tu i tam, to i można popracować, i jednocześnie trochę pozwiedzać?
- 24 dni ciągiem, jako czas wynegocjowany, zaplanowany i ogłaszany wszystkim współpracownikom przez miesiące – że zamieram na 24 dni właśnie i funduję sobie total holiday?
- a może jednak mniejsze odcinki? 24 dni można w końcu swobodnie rozbić na 4 tygodniowe turnusy i co najmniej 2 city breaki (operując dniami roboczymi oczywiście)
Bo kto z nas nie lubi wakacji…
I kto choć raz nie marzył o tym, żeby wybrać się na takie, które trwają w nieskończoność?
Posypuję głowę popiołem, ponieważ myślę, że jednak znajdą się takie osoby, które przewrócą z niesmakiem oczami na taki pomysł, ale wydaje mi się, że jednak większość podziela takie marzenie.
Polskie przepisy są tak niesamowicie skonstruowane, że kiedy jesteś na urlopie macierzyńskim, urlop wypoczynkowy i tak się nalicza, zatem przebywając na takimż zyskałam dni urlopowych na tyle dużo, że postanowiłam, że to jest ten moment, w którym muszę zaplanować dłuższy urlop. Now or never!
Uruchomiła się też pewnego rodzaju żyłka oszczędzania, ponieważ „now or never” łączyła się z tym, że póki mój inicjator urlopu macierzyńskiego nie skończył 2 roku życia, nie płaci za lot i większość hoteli. Czyli jeszcze nie wchodzę na te wyrafinowane rodzinne koszty.
Głównym kierunkiem wakacji, który wybraliśmy była Tajlandia, która zaskoczyła mnie swoją wielkością i tym, że te 24 dni to wcale nie tak dużo, żeby zapewnić sobie tytuł osoby, która „poznała Tajlandię dobrze”. A może to kwestia mojego perfekcjonizmu, który nawet w takim prozaicznym aspekcie jak „co to znaczy dobrze poznać” daje się we znaki…
Do Tajlandii dołączyliśmy Dubaj i Singapur, trochę przypadkiem – po prostu mieliśmy przez nie dogodne połączenia. A biorąc pod uwagę lot z człowieczkiem mającym niecałe 1,5 roczku, chcieliśmy zrobić sobie w miejscach przesiadkowych niewielkie przerwy na wypoczynek. Który jednak skrzyżowany intensywną z potrzebą poznania tych miejsc… jest kwestią dość umowną 😊
O samym programie wycieczki będzie później, a kolejne posty mam nadzieję, że zrecenzują niektóre aspekty podróży. Natomiast wrócę do meritum.
24 dni – Total Holiday – warto czy nie warto?
3 plusy:
1. Zresetowałam się.
Czas spędzony na 3tygodniowych wakacjach pozwolił mi się całkowicie odciąć się od większości moich codziennych bolączek – od domowej codzienności, od pracy, konieczności ubierania się w ciepłe rzeczy, zakupów, od strategii, planowania, ogarniania…
I całej tej warstwy logistycznej, która nieświadomie towarzyszy człowiekowi na każdym kroku, przytłacza i sprawia, że się dusi.
Chcąc nie chcąc porównywałam moje 24 dni do tego czasu, kiedy zostałam wyłączona z życia zawodowego na jeszcze dłuższy czas, czyli do „urlopu macierzyńskiego„. Cudzysłów stawiam z pełną świadomością, podobnie jak jego pogrubienie. Ta nazwa powinna zostać zakazana i nie wiem z jakim ekspertem od języka polskiego powinnam o tym porozmawiać? Profesor Bralczyk, a może profesor Miodek? A może od razu przejść do warstwy politycznej?
No nie! Nie kupuję tego terminu. Urlop jest wtedy, kiedy można się odciąć od codzienności, a czas wczesnego macierzyństwa, kiedy reżyserowanie nowego porządku jest na pełen etat!
2. sporo zobaczyłam.
Naprawdę mam poczucie, że jako osoba, która pierwszy raz wybrała kierunek azjatycki dotknęłam tej kultury. Miałam czas, żeby się w niej nieco zanurzyć. Ale wciąż mocno powierzchownie. Z tymże to zupełnie nie jest ten poziom poznania kultury, kiedy mieszka się w jakimś kraju przez kilka miesięcy lub lat. Ale ponieważ organizowaliśmy sami plan podróży, mam wrażenie, że sam właśnie proces organizacji ubogacał bardziej niż wybranie gotowej wycieczki.
3. Ta radość z perspektywy długiego urlopu i z planowania
Tak, same przygotowania do dłuższych wakacji były radością samą w sobie. Zabraliśmy się za ich załatwianie relatywnie późno, bo w połowie listopada i pod koniec listopada kupiliśmy loty. Wcześniej były lekkie problemy z doborem kierunku. W końcu tyle jest miejsc na świecie, które warto odwiedzić, skoro ma się tak dużo czasu…
Rozpatrywaliśmy między innymi szybki skok na Australię w tym czasie… natomiast chyba dobrze, że jednak się na to nie zdecydowaliśmy. Jestem pewna, że w tym wypadku nie mogłabym mówić o jakimkolwiek zanurzeniu się w kulturę. Biegalibyśmy z samolotu do samolotu.
Wracając do radości z planowania – to planowanie miało w sobie coś z dziecięcego oczekiwania na gwiazdkę. Oczywiście, są one same w sobie wspaniałe, trwają jednak tylko kilka dni i znikają… A to budowanie atmosfery, migające lampki, zapach pierników… To samo w sobie daje frajdę.
Tutaj nie było aż takiego kontrastu kulminacji, jak w przypadku Bożego Narodzenia, jednak niewątpliwie było przyjemnie przez prawie 1,5 miesiąca marzyć sobie o wakacjach.
3 2 minusy:
1. Darmowy lot z dzieckiem do lat 2
W samolocie podczas 8 godzinnego lotu nieco bardziej sceptyczna byłam do braku osobnego miejsca dla Juniora, które to warunkuje niemalże bezkosztowy lot
14 miesięczny bombelek waży sporo i jest trochę ruchliwy i naprawdę fajnie jest wtedy, kiedy masz szczęście i trafi Ci się pusty 4 osobowy rząd, a bombelek skuli się w kłębuszek między rodzicami. W naszym przypadku 3 na 4 długie loty, ale po jednym spędzonym przy pełnym obłożeniu miejsc… Wyszliśmy zmęczeni.
„Koszyczki na dzieci” – czyli takie mini łóżeczka, które są montowane do ściany i tam maluszka można położyć – są przystosowane do około 10 kilogramów i nie, rozmiar 86 to już nie jest 10 kilogramów.
2. Urlop totalny = koszty totalne = ryzyko totalne
Wysokie koszty, które wpadają niemalże w jednym momencie oraz wysoki koszt potencjalnego ryzyka odwołania wakacji
Tak, chociaż oczywiście bardziej się opłaca polecieć do Azji na dłużej ze względu na to, że koszt biletów jest jednym z największych kosztów, to nie można zapominać o tym, że noclegów jest sporo. Opcja 4 regularnych 7 dniowych wyjazdów plus 2 city break’ów, które przytaczałam na wstępie, sumarycznie byłby droższy, a z punktu widzenia poza ekonomicznego – na pewno byłby o wiele bardziej męczący. Jednak taka opcja prawdopodobnie rozwlekła by się w czasie. A tutaj jest strzał.
No i koszt ryzyka, gdyby coś poszło nie tak – wystarczy choroba bombelka. Opcja elastycznego odwołania noclegu to must-have, ubezpieczenie biletów lotniczych również (chociaż, czy ogólne warunki ubezpieczenia pozwolą w ostatecznym rozrachunku otrzymać to odszkodowanie)… Ale krótkie loty czy perełki wypoczynkowe… To jest koszt utopiony. Ot tyle. Ryzyko jest mniejsze jeśli urlop jest krótszy.
3. Minus trzeci, którego nie ma
Trzeciego minusa nie jestem w stanie wymyślić – to znaczy może bym i mogła, ale byłby bardzo mocno naciągany… Więc zostawiam asymetrię jako matematyczne uzasadnienie mojej odpowiedzi na pytanie poniżej:
Czy zrobiłabym to jeszcze raz i wzięła ponad trzy tygodniowy urlop?
Zdecydowanie tak – chociaż byłabym już o tyle mądrzejsza w detalach, których wcześniej nawet nie brałam pod uwagę.
Czy w najbliższym czasie znowu będę chomikować urlop i oszczędzać na pełne 3 tygodnie plus?
Nie.
Chcę sprawdzić opcję 2 tygodnie + i zobaczyć jak się będę po nich czuła? Być może odpocznę równie efektywnie, a jednocześnie pozwoli nieco obciąć koszty. I nie będę musiała aż tak sprawdzać się w chomikowaniu urlopu – jakoś nie jestem fanką. Tutaj – łatwo przyszło – łatwo poszło po tym moim macierzyńskim.
Mała uwaga. 24 dni trwał nasz wyjazd. Wróciliśmy w piątek w południe i to pozwoliło nam na spokojnie wrócić do rzeczywistości, przestawić strefy czasowe i klimatyczne. I takie rozwiązanie poleciłabym każdemu, kto skusi się na Total Holiday bez względu na łączną ilość dni jego trwania. Nie zaryzykowałabym przylotu w niedzielę rano i poniedziałku w pracy. Wydaje mi się, że to zmyłoby cały efekt resetu w moim przypadku. Plus stres związany ze zmianą strefy klimatycznej, zmianą strefy czasowej i jeszcze bardzo newralgiczne pytanie – jak po długiej nieobecności w żłobku poradzi sobie junior?
Reset od resetu – coś, co według mnie zupełnie nie jest potrzebne, kiedy wchodzi w grę urlop do tygodnia +, tutaj było niezbędne.
Samodzielne czy zorganizowane – które podejście wybrać?
Na koniec, wrócę jeszcze do kwestii wyboru wyjazdu organizowanego na własną rękę a wycieczki zorganizowanej przez biuro podróży w kontekście podróży z małym dzieckiem.
Ja osobiście wybrałabym opcję „Kasia Samosia” jeszcze raz, ale absolutnie nie będę zachęcać do tego każdego. Mały Junior nie sprawia nam na co dzień większych kłopotów i jest wychowywany w rozjazdach, więc nie ma problemów z adaptowaniem się do różnych nowych miejsc. Ponadto nie zauważa różnicy ciśnień w samolocie. Nie boi się obcych. Jest raczej odważny. Jetlag? Nie ma z tym najmniejszego problemu – śpi, jak każą spać (oczywiście z mniejszymi lub większymi ceremoniałami, ale bez większych dram).
Ale to nie jest jedyna słuszna droga i to, co dla mnie było miłą przygodą, dla kogoś, kogo dziecko jest bardziej wymagające?
Z all-inclusive będę skorzystać w przyszłości, kiedy to tenże młodzieniec będzie nieco bardziej gotowy na samodzielne zabawy z rówieśnikami, a mi pozwoli to otworzyć spokojnie notatnik i pisanie nowych odcinków, bez stresu, bez kombinowania gdzie śpimy jutro i czy to miejsce będzie lepsze/gorsze/porównywalne z tym poprzednim?
Jedna myśl na temat “Czy 24 dni to dużo czy mało?”