Powiedzmy, że Piontek – Szczepan Twardoch

Jak to się zaczęło

Zaczęło się niewinnie – od YouTube’a. A dokładniej od Kanału Zero, który u nas w domu rozbrzmiewa regularnie dzięki Mateuszowi, mojemu domowemu DJ-owi treści wszelakich.
Wywiad Krzysztofa Stanowskiego ze Szczepanem Twardochem wciągnął mnie bez reszty: spokój, erudycja, śląska klasa. Zamiast kabaretowego stereotypu – ambasador śląskości: błyskotliwy, oczytany, z wdziękiem. Pomyślałam: z taką śląskością chcę się utożsamiać.

Jako Ślązaczka wiedziałam, że Twardoch to jedna z najważniejszych polskich literackich marek. A jednak… wstyd przyznać: nie miałam jeszcze na koncie żadnej z jego książek. Po tym wywiadzie decyzja była szybka: „Powiedzmy, że Piontek” ląduje w koszyku i – jak to bywa – przechodzi standardowy okres kolejkowania na półce.
Tym razem jednak ktoś się wcisnął bez kolejki. I dobrze.

Tryptyk Erwina. Trzy światy, trzy wersje losu

„Piontek” to tryptyk – trzy alternatywne historie jednego bohatera, Erwina Piontka.
Najmocniej przemówiła do mnie opowieść pierwsza – ta o marzeniu o dalekich rejsach, które nabiera kształtu… na Zalewie Rybnickim. Jest w tej scenie i absurd, i czułość, i coś poruszającego, co nie chce wyjść z głowy.

Erwin zawsze chciał opłynąć świat. Wołało morze, ale na Śląsku często głośniej wołają głębinowe sprawy – kopalnia, rodzina, obowiązek. Na emeryturze bunt wygrywa z rozsądkiem: Piontek wypływa.
Obraz jest jednocześnie komiczny, wzruszający i trochę nierealny – a jednak dziwnie prawdziwy. Czytając, czułam i śmiech, i ukłucie nostalgii za moim Zalewem Rybnickim, w którym – jak wie każdy Ślązak – pływają sumy i amury o legendarnych rozmiarach. A ja to wszystko czytałam z warszawskiej Białołęki, z kubkiem herbaty w ręku.

Dwie pozostałe historie zabierają nas w przeszłość – XIX-wieczną Południową Afrykę – oraz w bliżej nieokreśloną, totalitarną przyszłość. Jest tu też gra z literaturą: bohater, który wymyka się autorowi, próbuje z nim dyskutować, ale… nic nie jest tak proste, jak się wydaje.


O czym to dla mnie naprawdę jest

„Piontek” zostawia szerokie pole do interpretacji. Z tych, które lubię: z pytaniami bez jednej odpowiedzi.
Czy świat istnieje bez człowieka? A jeśli ten sam człowiek trafi w inne warunki brzegowe – czy pozostanie sobą? Co w nas jest „z losu”, a co z decyzji?
No i najważniejsze: czy wielkie marzenia trzeba odkładać, czy może… zmieścić je w mniejszym kadrze? Własnym zalewie zamiast oceanu?

Dla mnie „Piontek” okazał się świetną odskocznią od literatury rozwojowej, którą lubię. Tu dostałam mętlik, surrealizm i kroplę szaleństwa – w najlepszym znaczeniu. To energia, która zostaje.

Wilijŏ nad Zalewem. Małe marzenie spełnione

Czytałam „Piontka” tuż przed Świętami. Idealny timing. W głowie utkwiła mi scena z czerwonym czepkiem à la Cousteau, więc… postanowiłam ją odtworzyć.
Zwerbowałam śląską rodzinę (w przerwie między patroszeniem karpia a pakowaniem prezentów), wzięłam czapkę – fioletową, nie czerwoną, trudno – i ruszyliśmy nad Zalew Rybnicki. Wiatr, chłód, śmiech między dublem a dublem, krótka recytacja fragmentu. Niewielkie przedsięwzięcie, ale moje.

Filmik wyszedł „jak wyszedł”, ale jest. Dedykuję go Mateuszowi ❤️.
I pomyślałam: może nie trzeba od razu opływać świata. Może wystarczy przereżyserować na chwilę własną codzienność, by poczuć, że dotyka się marzenia.

Śląska punktualność, czyli „trzi ćwierci na piōntō”

Z zupełnie innej beczki, ale dalej w duchu tej książki: uwielbiam w „Piontku” scenę z punktualnością.
Dziadek wścieka się na wnuka spóźnionego na siedemnastą. Bo jeśli ktoś na Śląsku umawia się „na piątą”, to wiadomo, że jest się o 16:45. Tak wypada. Tak się robi. Trzi ćwierci na piōntō.

Jeśli ktoś „nie poradzi po naszymu”, bez obaw – Twardoch tłumaczy śląskie wtręty na literacką polszczyznę. A ja czytam te fragmenty i uśmiecham się jak do rodzinnego albumu.
Widzę moją babcię, która dzwoni „za pięć”, żeby się upewnić, że wszystko w porządku.
Widzę tatę, który piętnaście minut przed czasem stoi już przy furtce – nieważne, czy deszcz, czy mróz.
Widzę wreszcie siebie: ubraną w płaszcz, z torebką gotową do wyjścia, recytującą mantrę „to już”.
Tak, wiem – pracuję nad tym. Zdarza mi się nawet wpaść „pięć po”. Progres? Być może. Ale w środku wciąż słyszę: „Gyna nie wydubiesz.” 🧬

Zamiast podsumowania

„Powiedzmy, że Piontek” to dla mnie literackie odkrycie roku. Książka, która robi dwie rzeczy naraz: bawi i wbija zadrapanie, o które człowiek co chwilę zahacza myślą.
Marzenia – te wielkie i te mieszczące się w kadrze smartfona. Tożsamość – ta śląska i ta, którą sami sobie piszemy. I to uczucie, że rozpoznajesz się w bohaterze wymyślonym przez kogoś innego.

A teraz czas na kolejne tytuły Twardocha. Być może zacznę od końca – wygląda na to, że to działa.

A Wy? Macie swoje „zalewy rybnickie” – małe światy, w których realizujecie wielkie marzenia?
I która książka ostatnio wcisnęła się bez kolejki na Waszej półce? 📚🙂

PS. Jeśli macie ochotę, zajrzyjcie do wideo z mojego świątecznego „rejsu”. Nie czerwony czepek Cousteau, tylko fiolet – i wiatr znad Zalewu. Ale klimat się zgadza.

Dodaj komentarz